Ułóż mi dietę… Argh!

Opublikowane przez w Blog

Kiedy ludzie dowiadują się, że jestem dietetykiem, zaczynają się podejrzanie otwierać. Opowiadają o swoich chorobach, niewyjaśnionym tyciu i niechęci do brukselek. Pół biedy, jak wystarczy im zwykła rozmowa. Najgorzej jest wtedy, kiedy ktoś zupełnie od czapy rzuci tekstem: „ułożyłabyś mi jakąś dietę, co?”.

Pewnie zastanawiacie się, w czym problem? Przecież układanie diet ma być moim chlebem powszednim i życiową misją. To prawda, ale jak zwykle… jest jakieś „ale”. Nawet niejedno.

Po pierwsze, fizycznie niemożliwym jest ułożenie komuś sensownej diety bez przeprowadzenia wywiadu. Nie znając czyjegoś stanu zdrowia, rodzaju ewentualnych zażywanych leków, poziomu i typu aktywności, nawyków i preferencji żywieniowych, dokładnej wagi, wzrostu, obwodów i wyników podstawowych badań laboratoryjnych, nie da się stworzyć spersonalizowanego jadłospisu. Problem jest teoretycznie łatwy do rozwiązania, mam nawet specjalny formularz, który można wypełnić i przesłać mi mailem. Niestety, jest on dość długi i dokładny, przez co niedoszli pacjenci się zniechęcają i na tym kończy się temat układania diety ;)

Po drugie, nie lubię sytuacji, gdy ktoś zwyczajnie nie szanuje czasu drugiej osoby. Co innego, gdy o pomoc prosi mnie np. mama, a co innego, kiedy przypomni sobie o mnie ktoś niewidziany od wieków albo zagada znajoma znajomej, której wcześniej nie widziałam na oczy albo rozmawiałam z nią 5 minut. Oczywiście, osoby domagające się diety nigdy nie pytają o koszty ani nie wspominają o jakiejkolwiek formie odwdzięczenia się za mój poświęcony czas. Liczą na przysługę ot tak, za nic. Myślę, że w dużej mierze wynika to z nieświadomości – ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że stworzenie indywidualnej, zbilansowanej diety pochłania mnóstwo czasu i sił umysłowych ;) Jadłospisy kojarzą z gotowymi karteczkami, które bez większego przemyślenia rozdają lekarze, albo z gotowcami z internetu. Zniechęciłam się do bezinteresownej pomocy po tym, jak kilka razy nie usłyszałam nawet głupiego „dziękuję”.

Po trzecie, ludzie oczekujący szybkiej diety zwykle nie są zbyt zmotywowani. Nie muszą włożyć żadnego wysiłku w zdobycie menu – poproszą, dostaną, rzucą w kąt i zapomną. Takie coś to zwyczajne zawracanie głowy i strata czasu dla obu stron.

Tak, wiem, że dzisiejszy post nie jest przepełniony wiedzą i dobrymi radami, ale po prostu musiałam go napisać. Nie zrozumcie mnie źle – uwielbiam układać diety i zajmować się sprawami związanymi z żywieniem, ale niestety nie dysponuję nieograniczoną ilością wolnego czasu. Wysłanie ogólnych zaleceń dla danej osoby to nie problem, ale „przysługa” w postaci prowadzenia przez dietę za nic to już lekkie przegięcie.

Wygadałam się, lepiej mi. Następnym razem będzie coś bardziej edukacyjnego, obiecuję :D

Facebooktwittergoogle_plusredditpinterestlinkedinmail